Wigilię po raz pierwszy w tym mieszkaniu urządzilyśmy w pokoju. Zawsze gnieździliśmy się w kuchni, ale już mieliśmy dosyć i ta zmiana dała dużo dobrego, w końcu było wygodnie i dużo dużo ładniej. Długo razem siedzieliśmy, zaczęliśmy oglądać świąteczne bajki i jakoś zleciało. Dostałam porządną lokówkę w końcu, jest świetna. No i kasę. Chyba pierwszy raz tak dużo, lubię to.
Brzuch mi pękł w stu miejscach. Zdrowe odżywianie i zasada ŻP w święta nie istnieje.
A następnego dnia na Kijewo... Jeszcze lepiej. 500 dań, ciasta, słodycze. I 'laseczki' z choinki. Teraz prawie nic nie jem, żeby jakoś tam na sylwestra wyglądać.
Na Kijewie, jak zwykle, było świetnie. Uwielbiam tam spędzać ten 1 dzień świąt, bo zjeżdża się cała rodzina, jest głośno i śmiesznie. Po jakimś czasie są i kolędy. Głośne i wesołe. Dostałam perfumy, jakie chciałam dostać i znów pieniądze. No i czekoladę, ale już jest tylko wspomnieniem. Było świetnie, dopóki mnie nie złapał humor pt 'nikt mnie nie kocha'. Zamknęłyśmy się z E. w małym pokoju i tak leżałyśmy i gadałyśmy. Głównie ja. Ona pojechała, ja zostałam. Jakoś mi było..samotnie? Dziwnie. I ta świadomość.. Pomińmy.
Następnego dnia miała przyjechać W. Już wszystko było dopięte na ostatni guzik, tylko brakowało głównego elementu-jej. Ostatecznie wylądowałam sama w mieszkaniu na cały dzień, nie licząc carlsberga, misia (do kogoś/czegoś się trzeba przytulić), głośnej muzy, zdziwionego kota oraz bez działających komputerów. Świetnie, naprawdę.
Czekam na sylwestra. Na jutrzejszy dzień czekam, żeby znaleźć coś ładnego na powitanie nowego roku. Nie ma planów ustalonych, są zarysy. Ciekawe, czy co się uda.
Doszłam do wniosku, że jestem smieszna.
Siema.























