poniedziałek, 12 lipca 2010

Dodałabym zdjęcia, ale nie mam jak ich zgrać. Jest  ich mnóstwo. Głupie, śmieszne, cudowne, udane i do dupy. Wszystkie są niesamowite. Niesamowite były te tygodnie. Ten czas spędzony z Najukochańszą i z resztą rodziny. Wszystkie nasze wygłupy, rozmowy... potrzebowałam tego. Potrzebowałam Jej. Zawsze napawa mnie niesamowitą energią i jakąś taką chęcią do życia. Zaczynam się otwierać do ludzi (w szczególności do tej, jakby nie patrzeć, nowej rodziny, która przecież jest zupełnie mi obca) i bez przerwy się uśmiecham.
To niesamowite, że mam takie (słowem: dwie) osoby, które dołączyły do mojej rodziny, stały się moim rodzeństwem dalszym lub bliższym, patrząc po linii prostej, przy których jestem taką bestroską siostrzyczką, głuptasem, przy których jestem najzwyczajniej w świecie SOBĄ. To jest piękne.
Przykro mi, że teraz E. ze mną nie ma i że tak się skończył nasz wspólny wypoczynek. Dżolanta przegięła dzisiaj i nie dziwię się E. że tak zaeagowała. Ja w swoim domu mam tę wygodę, że jestem rozpieszczoną jedynaczką i zawsze mogę się wykłócać o wszystko i prawie zawsze stawiam na swoim. Ona tego nie ma. Drugą moją wygodą jest to, że mam się z kim kłócić. Nasze rozmowy są zwykle na wyższym poziomie. Tutaj, niestety...jak chłop krowie na rowie. No nie oszukujmy się. Nawet mi się nie chce zaczynać wykłócania, bo to OKROPNIE męczące.
Tak oto zostałam sama, samiuteńka, w jednym pokoju, ze spalonymi plecami, z laptopem w łóżku i zimną herbatą obok.
Przeżyję. Bo jak to, JA bym nie przeżyła?




You have the power to write your own fortune.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz