czwartek, 25 grudnia 2014

Już długo nie pisałam niczego prosto z serca.

Dzisiaj jednak to zrobię.
Może to przez ten świąteczny czas, może przez fakt, że zbliża się koniec roku... ale zebrało się we mnie sporo emocji, sporo przemyśleń. Mimo, że tegoroczne święta nie są takie, jak były zawsze - nie ma minusowych temperatur, a już tym bardziej śniegu, przez to jakoś uciekło mi to typowo świąteczne nastawienie - to jednak jestem w domu, moim ukochanym mieście i czuję ten wewnętrzny spokój, który można poczuć jedynie wracając do tego swojego "happy place", gdzie naczynia się same zmywają i pyszny obiad jest zawsze o tej samej godzinie.

Jedną ze stale przepływających przez moją głowę myśli jest ta: dałam radę się wydostać z naprawdę złego miejsca w mojej głowie. To niesamowite, jak bardzo można sobie samemu pomóc, kiedy się naprawdę mocno tego chce, nawet jeśli zajmuje to bardzo dużo czasu. Równie niesamowite jest to, jak ludzie - i bliscy, i ci nowo poznani - mogą w tym pomóc.
Pod koniec ubiegłego roku i jeszcze na początku właśnie się kończącego byłam w strasznym stanie. Tak strasznym, że aż ciężko mi uwierzyć, jak bardzo można zapaść się w czarną dziurę. Nic mnie tak naprawdę nie cieszyło i potrafiłam mieć przerażające myśli. Nawet mimo wsparcia ze strony przyjaciół i rodziny, czułam ciągle wszechogarniający lęk. Po pewnym czasie jednak sama przestraszyłam się, o ironio, tego lęku. Zauważyłam, że nie potrafię już normalnie funkcjonować. Więc spróbowałam uwierzyć w to, że będzie lepiej. Tydzień po tygodniu zbierałam siebie z podłogi rozmaitymi sposobami i środkami. Zaczęłam słuchać innej muzyki, która podnosiła mnie na duchu, zaczęłam coś robić ze swoim życiem, pracowałam, poprawiłam maturę... i cały czas, krok po kroku, budowałam sobie podporę, dzięki której mogłabym stanąć na nogi.
Myślę, że przełomowym momentem było nadejście prawdziwej, ciepłej wiosny. Po raz pierwszy od dłuższego czasu potrafiłam się wyciszyć chociaż na chwilę czując na skórze promienie słońca i obserwując piękne, budzące się do życia kwiaty, drzewa.... Nie była to jeszcze długa chwila, ale zauważyłam, że zaczyna być lepiej.
Kolejnym ważnym przełomem była moja wakacyjna praca i przeprowadzka w inny rejon miasta, co mnie uspokoiło. Potrzeba mi było zajęcia, to oczywiste, ale jednak najważniejszym aspektem byli ludzie, których poznałam. Pierwszy raz cieszyłam się na myśl o pracy, o spotkaniu moich nowych znajomych, z którymi praktycznie nigdy te 7 godzin dziennie mi się nie nużyło, które dzieliły moje zainteresowania, poglądy... A nawet jeśli tych poglądów nie dzieliliśmy, nie czuliśmy się zobligowani do jakiejkolwiek obrony swojego zdania. Do tego wszystkiego uczyłam się nowych rzeczy, języków, zwyczajów... i oczywiście miałam na wyciągnięcie ręki najpyszniejsze lody i kawę świata (przynajmniej na tamten moment). Codzienna praca była dla mnie terapią, tak myślę. Zresztą śmiech jest jedną z tych lepszych terapii, a tego miałam pod dostatkiem.
Cieszę się również, że szybko udało mi się naprawić zepsutą relację. Myślę, że bez niej nadal byłabym niepełna. Mówi się, że Panny nie przywiązują się do przyjaźni. Gówno prawda, za przeproszeniem, bo ja bez ważnych dla mnie ludzi czuję się zawsze wyrwana z kontekstu. I mam nadzieję, że jednak mimo wszystko zawsze przy mnie będą...
Każda rzecz, która zdarzyła się w kończącym się niedługo roku, pomogła mi tworzyć "nową mnie". Czy może raczej przywracać tę dawną. W każdym razie, ten rok był rokiem walki z samą sobą i mam w planach walczyć z resztkami tkwiącego we mnie lęku w trakcie roku kolejnego, by pozbyć się go kompletnie.

Przedwczoraj oglądałam mój ukochany serial, taki urokliwy, pełen ciepła... i oczywiście się wzruszyłam. Patrząc przez zaszklone oczy na moją malutką choinkę, pomyślałam sobie "Tak właściwie to mam naprawdę wiele. Mam mężczyznę, którego kocham i który kocha mnie. Mam wspaniałą Mamę i W, którzy stworzyli na nowo NASZ dom. Mam w moim mieście swój długo oczekiwany własny pokój. Mam wspaniałych przyjaciół i znajomych, na których mogę liczyć. Czasem nadal jestem małą lekko rozpieszczoną dziewczynką... Więc dlaczego mam teraz czuć jakikolwiek strach? Jeśli kiedyś cokolwiek ma się zmienić, wtedy stawię temu czoło. Ale teraz... teraz się będę rozkoszować tym stanem." Carpe diem, prawda? Carpe diem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz