Ale nie umiem do końca od tej przeszłości uciec. Głównie dlatego, że było mi o niebo łatwiej żyć. Już nawet nie mam na myśli tych czasów najłatwiejszych, siedzenia w domu, czekania na obiad, który Mama zrobi za mnie, czy siedzeniu na przerwach z Lordami, ale o tym magicznym "rok temu". Kiedy już było jasne, że wygodne mieszkanie na garnuszku w domu się skończyło i zaczęliśmy żyć razem z P., w tamtym magicznym mieszkaniu, ja załatwiałam sprawy związane ze studiami i... nie było we mnie strachu. Żadnego. A teraz ten strach jest. Czuję go coraz słabiej, ale on cały czas istnieje i czasem zdarza mu się znów uderzyć z siłą wodospadu. Walczę z nim i za każdym razem widzę, że idzie mi lepiej. Tylko po prostu tak bardzo bym chciała poczuć się, jak dawniej, tak zupełnie spokojnie, bez konieczności walki. Wierzyć w siebie i lepsze jutro. Nie martwić się i wiedzieć, że jak by nie było - będzie dobrze.
Pocieszam się myślą, że wtedy było dobrze, a skończyło się...no cóż. Więc może tym razem zamiana ról?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz