Ból, który teraz odczuwam, mimo wszystko jest jakiś taki... pozytywny. Dawno nie używałam tego słowa. Dawno też niczego tak nie postrzegałam. Czuję, że kolejne zajęcie w moim życiu, którego się podjęłam, pomaga odbudować we mnie to wszystko, co niedawno straciłam. Pomaga oderwać się od niepotrzebnych myśli, budować na nowo zaufanie i wiarę w samą siebie. Nie siedzę już cały dzień w mieszkaniu, które samo w sobie mnie zawsze trochę przygnębiało, ale robię COŚ. Coś innego, wywołującego we mnie całkiem pozytywne odczucia. Mam styczność z ciekawymi ludźmi, na których zdążyłam się na jakiś czas zamknąć. Dostaję interesujące komplementy, dotyczące np. poziomu posługiwania się językiem obcym, co w tym momencie jest dla mnie podwójne ważne. Uczę się też nowych rzeczy, które mogą mi się jeszcze przydać.
Czuję, że ten psychiczny, którego niedawno było we mnie tak dużo, powoli jest zagłuszany przez ból fizyczny.
Niech więc boli ta ręka, noga, mózg.
Pozwalam.