wtorek, 11 marca 2014

Jako, że to miejsce jest moim najlepszym miejscem do wylewania swoich gorzkich żali, wyleję je znowu.
Otóż dzisiaj zdałam sobie sprawę z czegoś bardzo ważnego. Od dłuższego czasu nie robię praktycznie nic, co kocham. Co robiłam kiedyś tak po prostu, dla siebie, dla wewnętrznego spokoju. Nie wliczam w to kupowania rzeczy, co oczywiście daje mi w jakimś stopniu zadowolenie, ale nie jest to zadowolenie z siebie, czy z życia - jedynie z samego faktu posiadania czegoś nowego, zaspokojenia potrzeby estetyki.
Ostatnio życie stało się schematem - pobudka o 7, próba wybudzenia z głębokiego snu, szykowanie się, półgodzinna jazda, praca, szybkie zakupy, powrót, laptop i nauka. W międzyczasie coś zjem, obejrzymy odcinek serialu... i tyle. Tyle mojego dnia, nagle robi się 22 a ja muszę szybko się szykować, bo przecież jutro nie wstanę. I od nowa to samo.
I właściwie, to trochę mnie to przeraża. Że poddaję się codzienności. Że tak wcześnie. Że przecież moglibyśmy zrobić tyle rzeczy, a nie robimy nic - bo się nie chce.
A ja nie robię tego, co zawsze dawało mi ulgę. Zwyczajne własne rytuały, zajęcia, spotkania...
Może to też przez to, że ostatnio wydaje mi się, że pojęcie ulgi jest pojęciem abstrakcyjnym?
Najwyższa więc pora porządnie przewartościować swoje życie, bo jeśli wpadnę całkiem w czarną dziurę zwaną rutyną, to będzie jeszcze gorzej ze mną niż jest teraz. Może jeszcze poczuję ulgę? Tak, najwyższa pora...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz