Moja lista powiększa się z każdym dniem i jedyne, co mogłoby mi pomóc, to dobra wróżka, która by mnie 'wspomogła', żebym mogła się uspokoić i poczuć lepiej.
poniedziałek, 31 marca 2014
sobota, 29 marca 2014
niedziela, 23 marca 2014
There's a bigger sea for a girl like me
Dobrze jest wierzyć, że wszystko może ewentualnie pójść w dobrym kierunku.
Dobrze jest też czuć na skórze ciepło, delikatny wiatr we włosach i o 6 rano słyszeć śpiew ptaków za oknem.
Zmieniam zdanie - to wiosna jest moją ulubioną porą roku. Pomaga mieć nadzieję.
wtorek, 11 marca 2014
Jako, że to miejsce jest moim najlepszym miejscem do wylewania swoich gorzkich żali, wyleję je znowu.
Otóż dzisiaj zdałam sobie sprawę z czegoś bardzo ważnego. Od dłuższego czasu nie robię praktycznie nic, co kocham. Co robiłam kiedyś tak po prostu, dla siebie, dla wewnętrznego spokoju. Nie wliczam w to kupowania rzeczy, co oczywiście daje mi w jakimś stopniu zadowolenie, ale nie jest to zadowolenie z siebie, czy z życia - jedynie z samego faktu posiadania czegoś nowego, zaspokojenia potrzeby estetyki.
Ostatnio życie stało się schematem - pobudka o 7, próba wybudzenia z głębokiego snu, szykowanie się, półgodzinna jazda, praca, szybkie zakupy, powrót, laptop i nauka. W międzyczasie coś zjem, obejrzymy odcinek serialu... i tyle. Tyle mojego dnia, nagle robi się 22 a ja muszę szybko się szykować, bo przecież jutro nie wstanę. I od nowa to samo.
I właściwie, to trochę mnie to przeraża. Że poddaję się codzienności. Że tak wcześnie. Że przecież moglibyśmy zrobić tyle rzeczy, a nie robimy nic - bo się nie chce.
A ja nie robię tego, co zawsze dawało mi ulgę. Zwyczajne własne rytuały, zajęcia, spotkania...
Może to też przez to, że ostatnio wydaje mi się, że pojęcie ulgi jest pojęciem abstrakcyjnym?
Najwyższa więc pora porządnie przewartościować swoje życie, bo jeśli wpadnę całkiem w czarną dziurę zwaną rutyną, to będzie jeszcze gorzej ze mną niż jest teraz. Może jeszcze poczuję ulgę? Tak, najwyższa pora...
Otóż dzisiaj zdałam sobie sprawę z czegoś bardzo ważnego. Od dłuższego czasu nie robię praktycznie nic, co kocham. Co robiłam kiedyś tak po prostu, dla siebie, dla wewnętrznego spokoju. Nie wliczam w to kupowania rzeczy, co oczywiście daje mi w jakimś stopniu zadowolenie, ale nie jest to zadowolenie z siebie, czy z życia - jedynie z samego faktu posiadania czegoś nowego, zaspokojenia potrzeby estetyki.
Ostatnio życie stało się schematem - pobudka o 7, próba wybudzenia z głębokiego snu, szykowanie się, półgodzinna jazda, praca, szybkie zakupy, powrót, laptop i nauka. W międzyczasie coś zjem, obejrzymy odcinek serialu... i tyle. Tyle mojego dnia, nagle robi się 22 a ja muszę szybko się szykować, bo przecież jutro nie wstanę. I od nowa to samo.
I właściwie, to trochę mnie to przeraża. Że poddaję się codzienności. Że tak wcześnie. Że przecież moglibyśmy zrobić tyle rzeczy, a nie robimy nic - bo się nie chce.
A ja nie robię tego, co zawsze dawało mi ulgę. Zwyczajne własne rytuały, zajęcia, spotkania...
Może to też przez to, że ostatnio wydaje mi się, że pojęcie ulgi jest pojęciem abstrakcyjnym?
Najwyższa więc pora porządnie przewartościować swoje życie, bo jeśli wpadnę całkiem w czarną dziurę zwaną rutyną, to będzie jeszcze gorzej ze mną niż jest teraz. Może jeszcze poczuję ulgę? Tak, najwyższa pora...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)