Nie uważam, że mam jesienną depresję. Nie jestem kompletnie przybita. Tylko... nic mi się nie chce. Oglądam Sex and the City, przed czym zawsze się broniłam i wypijam hektolitry kawy i herbaty. Myślę. Jak zwykle nie na te tematy, jakie powinnam. Myślę o tym co widziałam i tym, co się ze mną działo cały przedwczorajszy dzień. Był on jedną wielką porażką, tak wielką że nawet nie chce mi się robić bilansu, bo jest tego za dużo. Tak się zastanawiam, czy to wszystko nie jest uzależnione od tego, co zobaczyłam i co poczułam po raz pierwszy w życiu, tego, o czym chciałam zapomnieć za pomocą procentów i wieczoru z Lordami. I dochodzę do wniosku, że i owszem.
Cały czas jestem w tym samym punkcie. I nadal nie wiem jak się z niego wydostać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz