nareszcie mogę napisać, stęskniłam się za tym. potrzebowałam miejsca, żeby uporządkować myśli, napisać wszystko co, co teraz się we mnie kotłuje, a kotłuje się sporo. tymczasowo próbowałam przelać wszystko na papier, ale powstały z tego tylko pokreślone kartki i zero porządku, chociaż i teraz go nie będzie.
najpierw się zastanawiałam, czy to wszystko rzeczywiście się zdarzyło. ale tak, zdarzyło się, teraz to wszystko czuję i widzę tak wyraźnie. jak zwykle za dużo się nad tym roztkliwiam, ale taka już moja natura.
teraz się zastanawiam nad wszystkim innym. dlaczego przy tym tak bardzo nadal mi zależy? i po jasną cholerę jak już się opanuję i przekonam samą siebie, że "dobra, fajnie było, ale okazało się że to totalny niewypał" to nagle zaczynam sobie przypominać...i koniec. albo słucham muzyki i orientuję się, że mi się kojarzy. i nie przełączam.
bo chciałam tego, jezu jak tego chciałam. tego spotkania, tego kina, tego wszystkiego z nim związanego. i tego akurat nie żałuję. żałuję tylko, że tak to się skończyło wtedy, nie tak jak powinno, że mój kac moralny był większy niż burdel w domu i że teraz kompletnie nie wiem jak się zachować.
chciałabym się skupić na czymkolwiek, ale na razie mi to nie grozi.. kiedyś mi przejdzie. tylko muszę włączyć bitch mode. znowu.
just say I want you, exactly like I used to
ja wciąż próbuję rozpracować swój wieczny bitch mode. może po prostu jest tak, że w odniesieniu do poprzednich lat mogłabym cały Twój powyższy tekst skopiować i wkleić miliony razy u siebie. idealnie na każdy dzień. aż miarka się przebrała...
OdpowiedzUsuń